Zaduszki Jazzowe z Rafałem Brzozowskim

MDK-owskie Zaduszki Jazzowe w aranżacji muzycznych guślarzy z eM-Bandu to już tradycja niemal ludowa. Zapuszcza ona coraz to głębiej swoje korzenie na jaworznickich ziemiach, by utrzymać bujną (mimo jesiennej pory) koronę klimatu – wbrew pozorom – nie za dusznego, a nadal – duchowego.Grupie Marka Malisza chętnie w tym rytuale towarzyszą cieszący się ogólnopolskim uznaniem pieśniarze, bez głosów których przywołanie zjaw minionych lat byłoby właściwie niemożliwe.
Tym razem roli wokalnego przewodnika podjął się syn stolicy i muzyk nie tyle z zawodu, co z czystego zamiłowania. Rafał Brzozowski – od lat chłopięcych pasjonat pianina i śpiewu – z typowym sobie szwungiem pchnął dziarskie brzmienie pomiędzy klasyczne tembry jazzowe.
Wstępem już przypomniał licznie zgromadzonym amerykańską konstrukcję kolebki gatunku. Pozdrowieniem z Nowego Yorku zapewnił, że dziś kołem fortuny nie zakręci – uff, co za ulga!
Któż by pomyślał, że głos tego, który śpiewał: „Nie mam nic” kryje tak naprawdę skarbiec drugiego Franka Sinatry?
Czerpiąc wywar z muzycznych korzeni początku lat XX artysta zaprezentował owiane tajemnicą ludowe utwory Stanów Zjednoczonych, pozostawiając równocześnie widza z półżartem-zagadką: Jak sprawdziłyby się wokalne legendy Zachodu w amerykańskiej interpretacji przeboju biesiadnego „Szła dzieweczka”?
„Atrakcji na dzisiejszy wieczór zaplanowano sporo” – zaręczał Brzozowski. Chowając się w cieniu drugiego planu przekazał swe koryfeusze stery młodej, obiecującej wokalistce – Weronice Skalskiej. Jej repertuar zagłuszył echo „starczego wycia”, uchylając na chwilę okno dla powiewu współczesnej muzyki filmowej. Słuchacz podąża tropem Agenta 007. James Bond w aranżacji Marka Podkowy zabiera nas do swojej szkockiej posiadłości – „Skyfall”. Tam natomiast za rękę chwyta nas mała Dorotka i „Gdzieś ponad tęczą” prowadzi do baśniowego świata Krainy Oz. Zwieńczeniem tej krótkiej, acz intensywnej eskapady, jest wspomnienie Audrey Hepburn podczas smakowitego „Śniadania u Tiffany’ego”.
I znów powracamy na jazzowe fale – tym razem wzniecane podmuchami bluesa. Z dynamicznym „Jumpin’ from six to six” Colina Jamesa na ustach Weronika Skalska zakończyła swój żywiołowy przerywnik. „Prawdziwy ogień!” – skomentował Brzozowski.
Drugą partię programu warszawianin postanowił rozegrać „po polsku”, choć z małą anglojęzyczną wstawką – przytoczył anegdotę o niemal przypadkowym występie na wspólnej scenie z Mattem Dustem. Kanadyjski artysta wprawił go w nie lada podziw, znakomicie prezentując „Medytacje wiejskiego listonosza” Skaldów, bez zająknięcia wyśpiewując w finale prawdziwy dla obcokrajowca łamaniec językowy: „kapelusz przed pocztą zdejm”. W ripośćie– Brzozowski wyłuskał angielszczyznę z polskiej muzyki, tłumacząc fragmenty tejże piosenki. Jak słychać było – z ciekawym efektem – bilingwizm zdecydowanie daje muzyce zastrzyk świeżej krwi, a nasze utwory śmiało mogą konkurować z amerykańskimi szlagierami. Zrobiło się sentymentalnie – publiczność „wspominała” jesienne mimozy z Niemenem, rwała „Żółte kalendarze” Szczepaniaka, aż w końcu na scenę wkroczył Krzysztof Krawczyk. Nie osobiście, a przez usta Rafała Brzozowskiego, opanowawszy nawet jego drżące w naśladowczym barytonie heroicznym struny głosowe i czule układając dźwięki w pytanie: „Jak minął dzień?”, na co chórem próbowali odpowiedzieć zebrani.
„Wiesz jak się robi karierę w tym kraju? Musisz związać się z jakimś ważnym nazwiskiem. Ja związałem się z Bachem” – takie słowa początkujący jeszcze warszawski muzyk usłyszał od swojego idola – Zbigniewa Wodeckiego. To jemu przede wszystkim poświęcił Dzień Zaduszny, składając legendarnemu artyście hołd jednym z jego najbardziej znanych utworów.
Wokalista już kłaniał się serdecznie publiczności, a panowie z eM Bandu czynili przygotowania do zapakowania swoje sprzętu, lecz gromkie brawa zachwyconej klimatem wieczoru publiczności zdecydowały – „Zagramy dla Was jeszcze!”. Czymże byłby koncert Rafała Brzozowskiego bez „odhaczenia” hitu „Tak blisko”? Śpiewna widownia usatysfakcjonowana!
A kolejne Zaduszki Jazzowe… – upłynęły w refleksyjnej atmosferze minionych dekad, nie pogrążając nas w niszczącej melancholii, a kołysząc taktownie drzemiące na hamaku naszej przeszłości wspomnienia…

zdjęcia Kamila Płoszczyca, tekst Michał Masternak

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *