PAN W ZEGARKU, CZYLI HERBERT NA TAPECIE (I PODKOSZULKU)

Parsknąłem ze zdziwienia i bezsilności, (aż straciłem plombę w górnej, prawej siódemce), kiedy pewien młodzieniec z drugiej klasy jednego z jaworznickich liceów (sic!) patrząc na ogromną reprodukcję zdjęcia Zbigniewa Herberta, przygotowaną na Herbertiadę, zapytał mnie naiwnie: „A kto to jest, ten pan w zegarku?” (istotnie, na ręce mężczyzny widać wyraźnie zegarek). „Herbert. Zbigniew Herbert”, odpowiedziałem, pohamowawszy śmiech. „A, tak, słyszałem”, odpowiedział z wyrazem twarzy dowodzącym absolutnej niewiedzy na temat wybitnego poety. „Nie – George ani Frank! Zbigniew”, dopowiedziałem złośliwie (całkowicie bezcelowo, ponieważ można podejrzewać, że ktoś, kto nie wie o istnieniu Zbigniewa Herberta, nie wie też nic o Franku Herbercie, a tym bardziej o George’u Herbercie i nie odczuwa z tego powodu żadnego wstydu, więc nie zrozumie ironii, która tym sposobem wysuwa swoje ostrze nadaremnie).
O, ironio! Fundamentem warsztatu poetyckiego Herberta jest ironia, która bezczelnie jawnie tkwi w strukturze właściwie wszystkich utworów, recytowanych i odczytywanych podczas XIII (rzekomo1) Herbertiady, szczęśliwie rozpoczętej i zakończonej 20 marca 2019 roku, a która w znakomitej większości interpretacji NIE została ujawniona! Nie ulega jednak wątpliwości, że poeta jest ironiczny i prezentując taką postawę wobec świata, kreuje podmiot liryczny i bohaterów w określony sposób – ironista w wierszach pojawia się bezosobowo albo ukrywa się pod jakimś przebraniem, albo pozwala bohaterom zdemaskować fakt własnego ironicznego położenia bezpośrednio przed odbiorcą.2 Nikogo nie trzeba pouczać, jakie są konsekwencje niedostrzeżenia ironii w codziennych komunikatach – wszyscy wiemy, że niezrozumienie intencji nadawcy prowadzi do konfliktów, kłótni, stworzenia fałszywego obrazu świata. A jaki jest efekt pominięcia ironii w p i s a n e j w utwór literacki? Mniej więcej taki, jak otwieranie drzwi zamkniętych kluczem bez klucza – zniszczony zamek, wyrwane zawiasy, rozpruta futryna – czysty wandalizm!
„O, barbarzyńcy w ogrodzie!” – mógłby zakrzyknąć ktoś po wysłuchaniu dwudziestu kilku recytatorów, zarzucając im wykastrowanie poezji Herberta z ironii w brutalny sposób. Nie byli to jednak profesjonalni aktorzy z długoletnimi stażami i doktoratami z filologii polskiej, lecz dzieci i młodzież, którzy podjęli trudną decyzję o uczestniczeniu w kulturze wysokiej. Trzeba przyznać, że wszyscy walczący okazali należyty szacunek księciu poetów i jego słowu – strojem, postawą, wyraźnym dążeniem do starannej artykulacji i interpretacji. Nawet jeśli wydawało się chwilami, że ktoś nie mówi ze zbytnią atencją i zaangażowaniem, nieodczuwalne było lekceważenie, lecz zwyczajna trema. Ci młodzi ludzie, którzy zetknęli się z tekstami Herberta, próbując je mówić z pamięci ze zrozumieniem, już należą do elity społeczeństwa i mają jeszcze sporo czasu, by zdobyć wiedzę i doświadczenie potrzebne do ich interpretacji (zrozumienie dzieła intelektualisty wymaga dojrzałości i erudycji).
O, nie! O, tak – pomysłodawca i organizator konkursu w Jaworznie, pan Zbigniew Szuster, w sposób bezkompromisowy zasiewa ziarna arcytrudnej miłości do literatury (i człowieka). Konsekwentnie realizuje pomysł propagowania twórczości Zbigniewa Herberta, choć na pewno zdaje sobie sprawę, jak poważnym problemem dla ludzi dopiero zdobywających wykształcenie, zwłaszcza uczniów szkół podstawowych, może być dostrzeżenie dialogu poety z dorobkiem antyku, systemami filozoficznymi, osadzenie jego twórczości w kontekście literackim, historycznym, biograficznym, filozoficznym, kulturowym, (a są to działania bezwzględnie konieczne, jeśli ktoś chce uniknąć falsyfikacji interpretacji). Ciężar ich wykonania spoczywa głównie na barkach nauczycieli, wystarczająco już obciążonych – przygniecionych do ziemi misją i koncepcją, a także odpowiedzialnością za losy przyszłych pokoleń.
Aby ulżyć im w tej niedoli, organizator przedsięwzięcia poczynił kilka uwag na temat zasad recytacji, posiłkując się między innymi obszernymi fragmentami „Hamleta” (najprawdopodobniej w przekładzie Stanisława Barańczaka), zawierającymi wskazówki duńskiego księcia dla trupy mającej odegrać „Zabójstwo Gonzagi” (akt III, scena II). Wielokrotnie też podkreślał najważniejsze z kryteriów oceny występów – rozumienie tekstu. Owo cudowne zjawisko, zachodzące w umyśle recytującego, przekłada się na rozumienie tekstu przez słuchacza. Tę prostą zależność można przedstawić, posługując się jakimś efektownym przykładem. Ten, który podam, może być poczytany za nietakt, ale wiąże się z przejmującym doświadczeniem, więc mam nadzieję, że pan Szuster mi  wybaczy. Otóż jako student UJ poszedłem na spotkanie z Czesławem Miłoszem, które odbywało się w zakurzonej sali wykładowej Instytutu Historii na Gołębiej. Ledwie mogąc oddychać w zatłoczonej auli, wysłuchałem wstępów, powitań, wstępnych podziękowań, szeregu pytań (i odpowiedzi), a następnie kilku wierszy przeczytanych przez samego pisarza. I wtedy to się stało. Doznałem iluminacji, olśnienia – nagle, bez żadnych wstępów i przypisów zrozumiałem (przepraszam za wyrażenie) sensy nadrzędne czytanych przez Miłosza dzieł! Hura! Już nie muszę wertować opasłych tomów, przebijać się przez egzegezy i eksplikacje. Na czym więc polega recytacja idealna? Przypomina nieco pracę modelki. Widzowie nie powinni zachwycać się jej nędznym ciałem, ale talentem i pracą projektanta. Recytator analogicznie – nie tak powinien mówić, aby go słyszano i podziwiano, lecz tak, aby go słuchano i zrozumiano to, co najbardziej istotne w dziele pisarza.
Chociaż dla zdecydowanej większości uczestników tegorocznego przeglądu ten poziom interpretacji okazał się nieosiągalny, nie można im zarzucić braku starania, skupienia, uważności, prób interpretacji. Wysłuchanie kilkudziesięciu utworów lirycznych Herberta było naprawdę interesującym przeżyciem, dającym nadzieję, że pokolenie urodzone po 2000 roku dostrzega także wartości niewyrastające wprost z uniwersum „wszechświatowej pajęczyny”.
Niestety, uczucie to pierzchało, gdy uczestnicy konkursu wykonywali drugą część zadania – czytali teksty prozatorskie Herberta (tym razem była to proza poetycka z tomu „Hermes, pies i gwiazda”). Konkurs zamienił się w zawody, w których jedynym kryterium była szybkość, stąd brak autokorekty i przejęzyczenia typu „puste ciała czarownic i heteryków” zamiast „puste ciała czarownic i heretyków” oraz niewiarygodne wprost pomysły na rozczłonkowanie zdania i przesunięcie akcentu zdaniowego. W takiej wyjałowionej sieczce trudno było znaleźć jakikolwiek sens. Oczywiście, można ów stan rzeczy tłumaczyć przemianami cywilizacyjnymi, których nie jesteśmy w stanie zatrzymać, jednakże przegląd recytatorskiej rządzi się swoimi prawami – akceptowanie przekształceń tekstu grożących profanacją jest niewskazane.
Wszystkie te czynniki powinni byli wziąć pod uwagę jurorzy (przewodnicząca – pani Barbara Wojtyra, pan Zbigniew Adamczyk oraz jakaś tam „szlachcianka” Konstancja Dominika Zarzycka), którzy (wzorem występującej młodzieży) szybko wyłonili zwycięzców:

Szkoły podstawowe:

I miejsce – Honorata Garlej
II miejsce – Anna Janikowska
III miejsce – Igor Kasperczyk

Gimnazja:

I miejsce – Anita Stróżak
wyróżnienie – Zuzanna Pietrzyk
wyróżnienie – Klaudia Obtułowicz

Szkoły ponadgimnazjalne:

I miejsce – Jakub Żurawek
II miejsce – Angela Pytlik
wyróżnienie – Kamil Starzec
wyróżnienie – Dominik Słaboń

Ja mam wątpliwości co do zasadności niektórych wyborów. Na przykład jeden z nagrodzonych recytował prozę poetycką jako wiersz, wiec powinien zostać zdyskwalifikowany. Ponadto raziła mnie manieryczność albo zbędna emfaza niektórych, co okazało się walorem w oczach jury. No, cóż, ja nie jestem znawcą, jedynie obserwatorem. A może pan Szuster, który zgromadził nagrody od prestiżowych wydawnictw powinien zaprosić sędziów z prawdziwego zdarzenia, co najmniej doktorów państwowych uczelni, a nie posługiwać się wyeksploatowanymi belframi, którzy siedzą na wysokościach niczym bogowie, piją kawę i jedzą ciastka, gawędząc przy tym i wyobrażając sobie zapewne, że nie muszą nawet słuchać, ponieważ są nieomylni, nietykalni i wszystkie rozumy zjedli.
Bez względu na stopień zaangażowania i wkład pracy – wszyscy zostali uhonorowani nagrodami. Przede wszystkim byli to występujący: Grzegorz Baranik, Martyna Biedroń, Kamil Buk, Szymon Gurbała, Maksymilian Łuczak, Marcin Oleksa (ze szkół podstawowych); Milena Czak, Gabriela Janowska, Magdalena Michalik, Amelia Sułkowska (z gimnazjów); Aleksandra Guja, Nikola Kurosz, Krzysztof Piasecki, Konrad Pierzchała, Jakub Siodłak, Filip Smółka, Alicja Wojnarowska (ze szkół ponadgimnazjalnych).
Tapety3 (tym razem w oryginalnej, bordowej odmianie), uginały się pod ciężarem książek i gadżetów. Herbert wzięty na tapet królował w postaci biografii, zbiorów wierszy, reprodukcji rysunków, monet, a nawet podkoszulków. Dodatkiem były kalendarze, ręcznie wykonane (przez panią Barbarę Koczur) zakładki do książek, zeszyty, słuchawki i mobilne ładowarki.
Dzięki darczyńcom – przede wszystkim renomowanym wydawnictwom (Znak, Wydawnictwo a5, Ossolineum) oraz Stowarzyszeniu ARETE, działającym przy MDK, nikt nie wyszedł z pustymi rękami. Niektórzy z laureatów, dźwigający stos trofeów, resztką sił pozowali do zdjęć, wzdychając ciężko. Werbalnie i materialnie wyróżnieni zostali także nauczyciele przygotowujący uczestników oraz jurorzy. Pan Szuster z Herbertem na piersiach miotał się na scenie w poszukiwaniu wskazanych nagród, starając się zadowolić każdego, nic więc dziwnego, że zapomniał o gratyfikacjach dla jedynych prawdziwych znawców przebywających w sali podczas Herbertiady – pana Jakuba Biesiady i Michała Łypa, odpowiedzialnych za obraz, dźwięk i światło.
Cóż, sprawiedliwość nie jest wyróżnikiem otaczającej nas rzeczywistości. Może trzeba nie przestawać w nią wierzyć, jak Herbert. I kiedyś otrzyma się wymarzony podkoszulek.
                                                                                                                                                                                                                                        Jacek Fidyk
1) Z artykułów archiwalnych zamieszczanych na stronie internetowej MDK, wynika, że VI edycja odbyła się w 2013 roku, a VIII – w 2015, więc (jeśli w kolejnych latach przegląd się odbywał) w 2019 roku przypada XII.
2) W taki sposób problem ironii w twórczości Zbigniewa Herberta przedstawił w książce Uciekinier z Utopii. O poezji Zbigniewa Herberta Stanisław Barańczak, który wykorzystał zdefiniowanie ironii w pracach Douglasa Colina Mueckego.
3) Tapet – daw. «pokryty zielonym suknem stół, przy którym toczą się jakieś obrady»

6 Odpowiedzi na PAN W ZEGARKU, CZYLI HERBERT NA TAPECIE (I PODKOSZULKU)

  1. Anonimowy zwycięzca pisze:

    Tacy mądrzy ci komentujący- a może sami byście spróbowali swoich sił? A nie, przepraszam, najpierw trzeba ukończyć przedszkole!

    • ktoś taki sobie pisze:

      przepraszam Anonimowy zwycięzco (pewnie i tak nim nie jesteś) – jestem jednym z tegorocznych nagrodzonych, ale razi mnie sposób, w jaki opisane jest nasze zwycięstwo – kpiąco i z lekceważeniem.

  2. abc pisze:

    Już nigdy więcej nie wezmę udziału w tym konkursie, szkoda, ze tak zniechęca się młodych ludzi do aktywności pozaszkolnej.

  3. Matylda pisze:

    Porażająca jest ta recenzja, w której autor ironicznie, w kpiącym tonie pisze „co to się działo, o rety, rety!” na tym konkursie. W zasadzie to wszyscy słabi, wszyscy do bani, nikt nie rozumie Herberta (tylko autor recenzji), beznadziejnie czytali, nic nie pojęli, nie zachwycili się twórcą tak, jak p. Jacek. Mało inteligentni? – no, na to wg tej recenzji wychodzi. Może po prostu następnym razem nikt nie powinien uczestniczyć w tym konkursie? Bo p. Jackowi i tak nikt nie dorówna, a na kpiny i docinki z jego strony po co się narażać, wszak życie jest piękne…

  4. Xyz pisze:

    zgadzam się w 100%, zastanawiające jest również, że chyba wszystkie miejsca w kategorii szkół ponadgimnazjalnych zajęli uczniowie Pana Szustera, ale nie wyciągajmy oczywiście żadnych pochopnych wnioskow 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *