Niedokończony Dzień Ojca

Kolejny, szósty koncert z okazji Dnia Ojca w Młodzieżowym Domu Kultury, który odbył się w drugi dzień mistrzostw świata w piłce nożnej, mógł rywalizować pod względem doniosłości z rozgrywkami sportowymi zapewne tylko wśród fanatycznych kibiców-rodzicieli, ponieważ najbardziej oczekiwany mecz, zaplanowany na 15 czerwca, był transmitowany dopiero wieczorem. Skąd więc skromna liczba ojców w sali widowiskowo-koncertowej MDK? Wczesnym popołudniem większość mężczyzn, poczuwających się do odpowiedzialności za swoje dzieci, pracuje, by ich rodziny mogły spędzać czas wolny, oddając się przyjemnościom – uczestnictwie w wydarzeniach kulturalnych czy towarzyskich. Tegoroczna edycja Dnia Ojca miała raczej charakter zabawy, spotkania towarzyskiego niż wydarzenia artystycznego.
Słyszałem nawet za kulisami rozmowę pana Zbigniewa Adamczyka, współorganizatora koncertu, z jakimś niesłychanie złośliwym typem, kolegą z pracy, który o mało nie udławił się sarkazmem, mówiąc: „Nie czytałeś Arystotelesa? Nie wiesz, że każda tragedia musi mieć początek, środek i koniec?” Hola, hola, arogancie! Ta podwójna kpina (z poziomu artystycznego i poziomu organizacji) była zupełnie nieadekwatna do charakteru przedstawienia. Tak, mój panie zoilu – wyrażanie uczuć względem rodziców nie zasadza się na doskonałości estetycznej – to nie koncert w Royal Albert Hall, ale występ dzieci dla najbliższych im osób.
Choć, rzeczywiście, organizacja imprezy była analogiczna do kompozycji tego tekstu (jako relacji z chronologicznego przebiegu wydarzeń), wszyscy bawili się doskonale – widzowie (mali i duzi), artyści na scenie, a nawet panowie reżyserowie dźwięku i światła – z radością chłopców, którym pozwolono bez ograniczeń pobawić się kosztownym prezentem, wywijali reflektorami, rzucając na scenę plamy, plamki i wzorki w odpowiednim kolorze, by stworzyć określony nastrój. Niech żałuje ten, kto nie widział efektów ich pracy – to prawdziwi profesjonaliści, których nie przeraża widmo improwizacji. Rzetelnie i z pomysłem użyli dostępnych urządzeń, aby nagłośnić i oświetlić występy, których kolejność (a przede wszystkim samo zaistnienie) były zagadką nie tylko dla widzów, ale także dla samego pana Adamczyka. Organizator z zimną krwią, acz fantazyjnie dyrygował wielką niewiadomą (nawet mu powieka nie drgnęła).
Bardziej sugestywna atmosfera grozy została jednak wytworzona w inny sposób – kiedy zgasły wszystkie światła i na scenie pojawiły się białe zjawy ze spektaklu „Duchy”, salę wypełniły przenikliwe okrzyki prawdziwego przerażenia. Nikt chyba nie przypuszczał, że początek przedstawienia zespołu „Orzeszki” z Klubu „Podłęże” (pod kierunkiem pani Bernadety Zapały) wywoła panikę wśród najmłodszych widzów, gości specjalnych – wychowanków przedszkoli. Piekielne dźwięki dochodzące ze strony widowni skutecznie zagłuszyły aktorów realizujących się w mówionych partiach scenariusza, ale piosenki były doskonale słyszalne. Szczerze należy pogratulować opiekunce i młodzieży – zabawna, bezpretensjonalna sztuka o wyraźnej fabule, opartej na ciekawym pomyśle, została bardzo dobrze przygotowana pod względem wokalnym i choreograficznym. Wpadająca w ucho, a jednocześnie finezyjna muzyka złagodziła nastrój horroru i uspokoiła dzieci, wystraszone żartami upiorów. Stali bywalcy wydarzeń artystycznych w MDK na pewno domyślili się tego, o czym poinformował później pan Adamczyk – za oprawę muzyczną widowiska odpowiadał pan Zygmunt Kobiałka, współorganizator całego koncertu.
Z przyjemnością można było posłuchać nie tylko melodii jego autorstwa pojawiających się w „Duchach” i w drugim przedstawieniu („Ptasim radiu”), ale także piosenek prezentowanych przez przedstawicieli grupy „Minstrel”, uczęszczających na zajęcia koła wokalnego. Występy zbiorowe i solowe były dowodem całorocznej, solidnej pracy młodzieży zdobywającej nagrody w różnych konkursach muzycznych. Prowadzący, pan Kobiałka, starał się nieco rozluźnić zapięty na ostatni guzik garnitur profesjonalizmu i zaprosił widzów do wspólnej zabawy. Słuchacze woleli jednak pozostać słuchaczami niż odgrywać role wykonawców (na refrenie szantowej piosenki można było połamać sobie język!) Dzieci zaproszone do zabawy w dramę, mające za zadanie pokazać gestami i mimiką postaci, zdarzenia i sytuacje z utworu o straszliwym wilku, po wejściu na scenę znieruchomiały – magia sali teatralnej działa paraliżująco! No, tak – jednak oprócz talentu ważna jest żmudna praca i praktyka.
Potwierdzeniem tej tezy był występ Mini Teatrzyku Truskaweczki, który zaprezentował wspomniany już montaż utworów „z łączki pana Jana i Juliana” pod tytułem „Ptasie radio”. (Zapewne jakiś dziennikarz z minionej epoki, zwróciwszy uwagę na stabilność dekoracji, rozpocząłby relację z widowiska od słów: „Szpaler drzewek wydaje się kłaniać w powitalnym geście”, a następnie zakończył zdaniem skierowanym do operatora: „To zaczyna być interesujące. Wyłącz kamerę”. Na szczęście miniona epoka jest znana tylko z podręczników historii, a całe wydarzenie nagrywał Wiktor Kornaś, przedstawiciel młodego pokolenia, wolnego od tendencyjności). Inteligentnie i z szacunkiem dla wybitnych poetów napisany scenariusz stanowi wspaniały materiał dla profesjonalnego teatru, być może jest jednak trochę za trudny do realizacji dla dzieci (dlatego reżyser starannie ukryty za kotarą, doskonale widoczny przez publiczność, dyskretnie pomagał podopiecznym, udzielając wskazówek scenicznym szeptem). A może wystarczy nieco więcej pracy nad spektaklem? Występującym talentu na pewno nie brakuje – szczególnie zupełnie pozbawionej tremy Zosi Psiuk i charyzmatycznej Oli Jakowczyk, weterance przedstawień dziecięcych.
Urozmaicenie koncertu stanowiło rozstrzygnięcie konkursu plastycznego na ekologiczny portret ojca, przeprowadzonego przez panią Barbarę Koczur, która ogłosiła wyniki zmagań artystycznych i zaprosiła zwycięzców na scenę po odbiór nagród. Dzięki Stowarzyszeniu ARETE nie tylko uczestnicy konkursu, ale każdy młody widz mógł poczuć się obdarowany. Pan Adamczyk przygotował zakupione przez organizację wspierającą MDK stosy ciastek, ale (poinstruowany przez życzliwą osobę) zrezygnował z ich rozdawania podczas spektaklu, aby nie powiększać wrażenia chaosu i nie łamać przepisów (w sali obowiązuje całkowity zakaz jedzenia i picia).
Słodkie prezenty na pewno należały się gościnnie występującemu zespołowi taneczno-wokalnemu „Kotki” z Przedszkola Miejskiego nr 7 w Jaworznie przygotowanego przez panią Barbarę Zymon. Najmłodsi uczestnicy zaśpiewali evergreen „Remedium” (nie wiadomo dlaczego kojarzony z wakacjami), zatańczyli do muzyki z filmu „Anastazja”, a na koniec poderwali publiczność z krzeseł brawurowym wykonaniem rock and rolla.
Dopełnieniem występów na scenie był wernisaż obrazów pana Stanisława Lizińczyka oraz wystawa prac uczestników zajęć prowadzonych przez panią Barbarę Koczur, które chętnie oglądali opiekunowie przybyłych dzieci.
W przerwach między kolejnymi, tajemniczymi punktami enigmatycznego programu pan Adamczyk przedstawił rys historyczny dotyczący Dnia Ojca, który w Polsce obchodzony jest 23 czerwca od 1965 roku. Obchody Dnia Ojca zapoczątkowane zostały w Stanach Zjednoczonych (po raz pierwszy obchodzono go 19 czerwca 1910 roku w miasteczku Spokane w stanie Waszyngton). Pan Adamczyk wspomniał nawet, że święto miało początkowo charakter lokalny (dopiero prezydent Nixon w 1972 roku ustanowił Dzień Ojca oficjalnie), natomiast zapomniał o własnym przedsięwzięciu i kiedy na koniec na scenie pojawiła się gigantyczna kartka z życzeniami dla ojców, nie skomentował tego wydarzenia. Zajęty rozmowami z grupą dzieci, nie zauważył, że nadszedł koniec. I tak niedokończony Dzień Ojca trwał jeszcze długo, nawet wtedy, gdy pan Kobiałka powiedział do prawie całkowicie opustoszałej sali: „Dzień Ojca nie został oficjalnie zakończony, ale jeśli ktoś chce, może wyjść”. Nikt z nieobecnych nie protestował.
Wspomniana kartka została wykonana przez dzieci pod kierunkiem pani Kai Utkowskiej, która poprosiła o wypełnienie kredkami części specjalnie spreparowanego kartonu, który po zdjęciu przemyślnie naklejonego foliowego szablonu okazał się starannie zaprojektowaną laurką dla ojców. (Dzieci pracowały przed rozpoczęciem koncertu, następnie zasłonięto karton, by odsłonić go na końcu, którego nie było).
Na koniec – było bardzo dużo życzeń dla ojców, składanych do mikrofonu przez zawstydzone dzieci. Wszyscy mogli się poddać wzruszeniu, słysząc: „Tatusiu… Kocham Cię!” I to jest istota obchodów Dnia Ojca.
Jacek Fidyk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *